RECENZJA PRZEDWYDAWNICZA:
Traktat o Hydrolatach – Tom I: Rośliny Jasnotowate, Część 1 i 2.
Anna Wójcik – wieloletnia pasjonatka olejków i hydrolatów.
Wkrótce ta recenzja ukaże się na moim blogu, który właśnie tworzę, zainspirowana pracami Moniki i Pawła.
Znam Pawła od wielu lat. Dostałam od niego „Traktat o hydrolatach” Tom I w wersji roboczej – książki, która wkrótce będzie drukowana, jak mi autor zdradził, we Włoszech. Paweł poprosił mnie, żebym zapoznała się z nią i ją zrecenzowała. Chciał, żebym szczerze powiedziała, co o niej myślę. Przeczytałam tę pozycję kilka dni temu. Rzadko się tak zdarza, ale ciągle o niej myślę.
Przeczytałam już wiele książek o olejkach eterycznych, hydrolatach i aromaterapii w różnych językach. Nie wiedziałam, że to opracowanie tak mnie zaskoczy. To najprawdziwszy traktat napisany przez eksperta. Dawno nie spotkałam takiej pozycji wśród książek, które przeczytałam. Dla mnie w sposób mistrzowski eksploruje i wyczerpuje literaturę przedmiotu.
Ta książka jest inna. Jest piękna, szczegółowa i naprawdę przydatna w codziennej praktyce. To moje pierwsze, ale i nie ostatnie wrażenie. To książka, jakiej nikt wcześniej nie napisał. To praca, która kompletnie zmieniła moje spojrzenie na hydrolaty. To nie sucha teoria – to wiedza z lat praktyki.
Najważniejsze dla mnie jest to, że Paweł w swojej książce zamieścił dziesiątki przepisów i instrukcji destylacji. Paweł nie trzyma tej wiedzy dla siebie i nie ukrywa jej. Dzieli się nią w sposób profesjonalny. Podaje wszystko, aby rzetelnie nauczyć. Pisze wprost: ile surowca i wody, jak długo trwa proces, jaka jest temperatura, jak szybka jest destylacja i co zrobić, gdy coś nie idzie tak, jak powinno. Ta wiedza jest jasna, prosta, możliwa do odtworzenia i powtórzenia samodzielnie. Nawet w domu, na małych alembikach. Nie znam innej publikacji o hydrolatach, która zdradza czy choćby proponuje gotowe, sprawdzone przepisy, receptury i dokładne protokoły pełnego procesu destylacji.
Autor tłumaczy wszystko, co ma wpływ na jakość hydrolatów. Analizuje różne warianty procesów i to, jak zmienia się wynik przy różnych metodach destylacji. Przechodzi z czytelnikiem krok po kroku przez cały proces – najpierw geobotanika, potem zbiór, potem obróbka surowca. Szczególnie zwraca uwagę na zbiór i suszenie surowców roślinnych. Dużą część książki poświęcono wodzie używanej w destylacji. Autor głęboko analizuje jakość wody, jej pH i wpływ na twardość hydrolatów. Pokazuje, jak można zmienić te parametry, żeby uzyskać lepszą jakość produktów. Sama trochę destyluję i po przeczytaniu tej książki oczy otworzyły mi się na nowo. Z mojego bardzo skromnego doświadczenia wiem, że te opisy są niesamowicie przydatne i praktyczne. Sugestie są realistyczne, poparte doświadczeniem i naprawdę skuteczne, a nie teoretyczne i oddalone od pracy.
Z mojego punktu widzenia książka jest naprawdę przydatna. Znajdziesz w niej opisy alembików i destylatorów. Publikacja opisuje ich historię, budowę i działanie. Autor pokazuje, jak budowa aparatury wpływa na destylację i jakość produktu. Podane są cudowne, ekologiczne metody czyszczenia destylatorów, które Paweł stosuje od lat 90. Dla mnie książka jest przykładem rzemieślniczego i odpowiedzialnego podejścia do pracy. Hydrolat jest bohaterem tej książki. Znajdziesz w niej dziesiątki opisów, jak go używać. Są tu stare metody z różnych krajów i kultur. Książka opisuje, jak stosowano hydrolaty dawniej i do czego mogą służyć w przyszłości. Znajdziesz nowe zastosowania i metody oparte na aktualnych badaniach i obserwacjach. To one nadają najnowsze kierunki rozwoju hydrolatów. Te opisy są ważnym elementem książki.
Różne podejścia pokazują, że hydrolat łączy starą tradycję z nowoczesnym leczeniem. Po przeczytaniu tego „Traktatu” destylacja jest dla mnie jednym z mostów łączących przeszłość ze współczesnością.
Książka mocno trzyma się tradycji prowansalskiej, którą Paweł poznał, pracując u Marie-Claire Meyer w destylarni olejków i hydrolatów „André Rouvière”. Autor pokazuje stare metody mistrzów i własne rozwiązania, które wypracował przez lata. Opisuje dziś już zapomniane metody przygotowania i traktowania surowca do destylacji: poprzez marynowanie, solenie surowca, kontrolowaną fermentację, nietypowe rozdrabnianie surowca, destylacje przerywane i wielokrotne. Dzieli się technikami stosowanymi przez dawnych perfumiarzy. W sposób bardzo obrazowy Paweł przedstawił zmiany zachodzące w alembiku. Autor podaje dokładne dane, które naprawdę da się odtworzyć w praktyce.
Jednym z najważniejszych tematów w tej książce jest historia destylacji – na całym świecie i w Polsce. Autor prowadzi czytelnika od czasów prehistorycznych: Tepe Gawra, Cypr, potem przez arabskich alchemików, dalej przez średniowieczną Europę, renesansowe destylarnie we Włoszech i Francji, aż po XIX-wieczne manufaktury w Bułgarii, Maroku, Indiach i na Bałkanach. Przepięknie opisane są destylacje w Iranie, Japonii, Chinach i wielu innych krajach świata. Osobny rozdział poświęcony jest Polsce. Autor opisuje tam zielniki, ogrody botaniczne i pierwsze destylarnie. Pokazuje, jak na przestrzeni ostatnich 200 lat rzemiosło destylacji budowało się i znikało, rujnowane przez wojny i zaborców. Szczególnie tragiczne są opisy zniszczenia kosodrzewiny przez nieodpowiedzialne i zachłanne firmy. Najbardziej przeraża mnie dogłębny i mało dziś znany opis zniszczenia przemysłu olejkarskiego w latach 90. podczas reform Balcerowicza. Poraża i wprost zwala na kolana informacja o tym, w jaki sposób został potraktowany krajowy przemysł i rzemiosło destylacji olejków eterycznych oraz to, jak dziś ono powraca. Osobiście uważam, że ten fragment jest bardzo ważny w dobie przemian ekonomicznych i politycznych na świecie. To nie jest sucha historia. Opowiada o ludziach, o surowcach, o wojnach i o zmianach gospodarczych.
Książka prowadzi też rzeczową polemikę z dawnymi publikacjami – Paweł nie krytykuje dla samej krytyki. Konkretnie wskazuje, gdzie stare lub nowe receptury i metody nie sprawdzają się w produkcji hydrolatów i dlaczego niektóre z nich warto przywrócić lub zmodyfikować.
Warto zauważyć, że „Traktat o hydrolatach” Tom I to książka godna uwagi nie tylko ze względu na zawartość, ale także jej objętość. To ponad 800 stron merytorycznych i pisanych z wielką pasją tekstów. Dziesiątki zdjęć, diagramów, tabel i protokołów.
Moim zdaniem warto zwrócić uwagę na to, jak Paweł wyjaśnia trudne procesy chemiczne i techniczne. Autor nie upraszcza ich nadmiernie, ale też nie zalewa czytelnika trudną terminologią. Pisze w prosty i rzeczowy sposób, więc wiedza naprawdę zostaje w pamięci. Szczególnie poruszył mnie krótki rozdział na wstępie; przyznam się, że czytałam go wielokrotnie i z prawdziwym wzruszeniem. Dotyczy zawodu olejkarza. Za zgodą Pawła pozwoliłam sobie przytoczyć ten rozdział-manifest. Chciałam też powiedzieć, że Paweł to rzemieślnik, ale i artysta. Znam jego obrazy, murale, teksty i mogę się pochwalić, że mam wiele tradycyjnych listów od niego, które są wyjątkowe, nacechowane jakąś melancholią i nostalgią. Myślę, że znajdziecie to w niektórych opisach. Paweł przyznał się, że książkę zaczął pisać ponad 7 lat temu i wielokrotnie zmieniał styl. W końcu poznałam książkę w wersji, w jakiej wy ją przeczytacie. Paweł pokazał mi inne wersje tej książki i żałuję, że nie ujrzą one światła dziennego. To jego decyzja – stwierdził, że były zbyt osobiste i nie pasowały do tego typu publikacji przeznaczonej dla wszystkich. Trochę żałuję, tej zmiany. To wersja „książki drogi”. Zawieszona między realizmem a oniryczną magią. Można tam znaleźć i ducha klasyki i literatury iberoamerykańskiej, a wszystko to spaja motyw magii destylacji.
Marie-Claire Meyer to naprawdę poruszający temat. Przez wiele lat pozostawała w cieniu znanych nazwisk, a wykonywała wielką, ważną pracę. Mało kto ją znał i dziś nikt o niej nie wspomina. W latach 80. Marie-Claire Meyer napisała razem z André Rouvière książkę „La Santé par les huiles essentielles”. Ale najważniejsze było to, że codziennie pracowała jako szefowa we własnej destylarni. Marie-Claire Meyer obserwowała, testowała, łączyła hydrolaty i robiła notatki. Dla mnie to pokazuje, jak wielka była jej rola.
Paweł pokazał mi przywiezione z Prowansji kartki z przepisami na mieszanki wód kwiatowych i olejków eterycznych, które otrzymał od swojej szefowej. Jest tam też wiele oryginalnych receptur kosmetyków ekologicznych. Kartki są pisane ręcznie lub na tradycyjnej maszynie do pisania. Przepisy są różne – zarówno proste, jak i bardzo rozbudowane, dokładne. Marie-Claire używała wielu z nich we własnej pracy.
Autorką drugiej części Tomu I jest żona Pawła, Monika Piasecka, którą osobiście uwielbiam. Paweł podczas pisania zaraził ją tym pomysłem. Stworzyła wyjątkową i w moich oczach rewolucyjną pracę na temat używania hydrolatów. Protokoły hydrolatowe Moniki to prawdziwy przełom w świecie aromaterapii. Bardzo różnią się od wcześniejszych prac przede wszystkim rzetelnością opisów. Monika pokazuje, jak z hydrolatu można zbudować zorganizowaną i powtarzalną terapię – z dokładnymi dawkami na dzień, jasno określonym czasem stosowania i precyzyjnymi wskazówkami. Mówi też, kiedy i dlaczego hydrolat działa lepiej niż olejek oraz jak oba narzędzia mogą współdziałać.
Dla mnie to naprawdę przełom. Książka pokazała mi, jak patrzeć na hydrolaty. Teraz widzę w nich głębokie narzędzie mogące wzmacniać dobrostan człowieka. Praca Moniki nadaje hydrolatom nową pozycję – są przeze mnie postrzegane jako rzetelne, oparte na doświadczeniu i powtarzalne. Nie tak dawno Monika została prezesem Polskiego Towarzystwa Aromaterapeutycznego (PTA). Cieszę się, że pozwoli to na „nowe otwarcie” tej potrzebnej nam organizacji. Dynamika, pomysłowość i ogromna, wprost mrówcza (już legendarna wśród znajomych) pracowitość Moniki pozwoli na kontynuację dzieła Państwa Brudów, którzy bardzo chcieli, aby została nowym szefem tego stowarzyszenia.
Na koniec chcę dodać mały, ale ciekawy wątek językowy i kulturowy. Autor zbiera na ponad 30 stronach nazwy hydrolatów z wielu krajów. Pokazuje, co te nazwy mówią o historii i o tym, jak myślą ludzie. Widzimy: wodę różaną, flor de agua, eau de mélisse, hydrolat de lavande officinale, bułgarską wodę z róży damasceńskiej, stare polskie wody kwiatowe i duchy roślinne. Każda nazwa to mały kawałek historii. Uważam, że to ważny detal. Dla mnie to cenny element książki; lubię, że autor zwraca uwagę na takie drobne rzeczy.
Podsumowując:
„Traktat o hydrolatach” Tom I to wyjątkowa książka. Jest konkretna, rzetelna i bardzo rzemieślnicza. Przeczytałam ją kilka dni temu, a mimo to wciąż wracam myślami do opowieści Pawła, rysunków alembików, historii destylacji i protokołów terapeutycznych Moniki. Ta książka zostawiła we mnie wrażenie, że każdy detal – od tabel po rysunki – ma znaczenie.
Dziękuję Pawle i Moniko za podzielenie się wiedzą przed oficjalnym wydaniem. Nie mogę się doczekać drukowanych egzemplarzy i kolejnych tomów serii.
Poniżej fragment rozdziału książki o zawodzie olejkarza. Mam nadzieję, że Paweł w ostatecznej wersji go nie zmienił (a mówił i o tym, że wciąż ma wahania co do tej treści. Dla mnie to prawdziwy manifest, ale godna przedstawienia opinia prawdziwego mistrza destylacji olejków eterycznych i hydrolatów.
Olejkarz -nazwa zawodu
Olejkarz to tradycyjna nazwa fachowca zajmującego się wytwarzaniem olejków eterycznych i wód aromatycznych.
Termin "olejkarz" jest bardzo rzadko używany w języku polskim jako określenie zawodu. Słowniki zazwyczaj uwzględniają jedynie nazwę „destylator”, co sprawia, że brzmi to wręcz komicznie. Dla mnie to prawie niedorzeczne, ponieważ słowo to odnosi się w ogólnym zrozumieniu do nazwy urządzenia – aparatury do destylacji, a nie do osoby.
W wielu językach europejskich istnieją odrębne określenia na osobę wykonującą ten zawód. W języku francuskim funkcjonuje słowo distillateur, które oznacza rzemieślnika destylacji, a nie samo urządzenie. W języku angielskim używa się określenia distiller, rozumianego jako zawód i kompetencja. Podobne formy spotyka się w innych językach: distillatore we włoskim, Destillateur w niemieckim czy destilador w hiszpańskim i portugalskim.
W języku polskim taką rolę n pełni właśnie słowo „olejkarz”. Jest ono zakorzenione w tradycji i precyzyjnie oddaje charakter tego zajęcia. Dlatego warto do tej nazwy powrócić i używać jej świadomie, zwłaszcza w kontekście rzemiosła, które opiera się na doświadczeniu, odpowiedzialności i ciągłości praktyki
Prawdziwy olejkarz nie jest nie osobą tylko obsługującą urządzenie, lecz rzemieślnikiem prowadzącym cały proces. Do jego pracy należał wybór rośliny, decyzja o terminie zbioru, przygotowanie surowca, prowadzenie destylacji oraz ocena efektu końcowego. Wiedza musi być oparta na doświadczeniu i praktyce, a nie na instrukcji obsługi.
Olejkarz uczy się zawodu przez wieloletnią pracę u boku mistrza. Z czasem zaczyna instynktownie wyczuwać procesy zachodzące wewnątrz kadzi. Potrafi ocenić przebieg destylacji po zapachu i reagować na zmiany wewnątrz kadzi. Są to umiejętności czysto praktyczne, zdobywane latami dzięki obserwacji i powtarzaniu cykli produkcyjnych. Olejkarz podejmuje decyzje w trakcie pracy. Wie, kiedy proces należy przyspieszyć, kiedy go zwolnić, a kiedy zakończyć. Rozumie też, że aparat nie jest obojętnym naczyniem i że każda destylacja zostawia po sobie ślad, który trzeba uwzględnić przy kolejnej pracy.
Na stronach tej książki słowo olejkach pojawi się wielokrotnie, świadomie powtarzane.
Używam słowa „olejkarz” uparcie i z przekorą.
Dlaczego?
Wrzuceni zostaliśmy do grupy zawodowej:
8160 - Operatorzy maszyn i urządzeń do produkcji wyrobów spożywczych i pokrewnych.
A ściślej:
816007 - Operator urządzeń do produkcji olejków eterycznych.
Wiem potrzebne, ale nigdy tego nie polubię.
Nazywają nasz zawód:
OPERATOR
Nie jesteśmy operatorami (przynajmniej część z nas). Jesteśmy olejkarzami.
Przecież nie każdy, kto trzyma narzędzie, prowadzi proces. I nie każdy, kto coś produkuje, tworzy.
To jakby artysta malarz i malarz barierek na basenie robili to samo, bo obaj trzymają pędzel.
Rzeźbiarz to nie operator dłuta.
Jakby olejkarz był tylko od maszyny, a nie od rośliny. Jakby kropla oleju maszynowego czy czegokolwiek miała
ten sam ciężar co olejek eteryczny.
Są słowa, które zostały zepchnięte niepotrzebnie na margines,
W tabeli, z kodem i w rubryce „pokrewne”.
A olejkarz nie jest pokrewny maszynie.
To nie jest „operator urządzeń”.
To nie jest trybik w grupie 8160,
wrzucony do jednego worka z napojami bezalkoholowymi i olejem spożywczym.
To nie jest ktoś, kto „obsługuje proces”.
Olejkarz proces prowadzi.
Od rośliny, która jeszcze rośnie na polu,
przez decyzję, kiedy, jak i czy w ogóle destylować,
przez ogień, wodę, parę, czas i oczekiwanie,
aż po kroplę olejku, która zawiera więcej w sobie pamięci niż niejedna książka.
Destylacja roślin to nie tylko operacja techniczna.
To zawód oparty na doświadczeniu, odpowiedzialności i ciągłym uczeniu
się.
To rozmowa z materią roślinną, nie z instrukcją obsługi.
To wiedza, której nie da się wcisnąć w checkbox „konserwacja urządzeń”.
Olejkarz nie wykonuje pojedynczej czynności.
Lecz bierze odpowiedzialność za całość-
za surowiec, za moment zbioru, za temperaturę,
za zapach, za to, co zostaje,
i za to, czego świadomie nie wyciąga.
Ten zawód został wrzucony do worka.
Bez pytania. Bez zgody.
Kolejna wersja „operatora czegoś”.
Olejkarz ma swoją tożsamość.
Swoją tradycję.
Swoją etykę pracy.
Swoją relację z rośliną i czasem.
Chcę, żeby to słowo wróciło z zapomnienia.
Żeby zadomowiło się znowu w języku polskim.
Żebyśmy przestali powtarzać, że destylacja to tylko technologia,
a zaczęli nazywać ją tym, czym jest naprawdę: rzemiosłem wiedzy i uważności.
To nie jest nostalgia czy ego.
To jest przywracanie sensu nazwom.
Bo dopóki olejkarz nazywany jest operatorem,
dopóty nie widzimy człowieka stojącego nad alembikiem.
A dopóki go nie widzimy —
ten zawód będzie znikał.
Ten zawód to sztuka, dlatego w literaturze specjalistycznej i humanistycznej w różnych językach występuje termin „sztuka destylacji”. W tytułach książek, jak i w opisach praktyk dotyczących pozyskiwania substancji aromatycznych. Termin ten nie jest tylko metaforą, lecz odzwierciedla rzeczywistość, że destylacja — ta związana z roślinami — od zawsze znajdowała się na granicy wiedzy technicznej, doświadczenia zmysłowego i praktyki artystycznej. Od zarania dziejów związana jest ze światem perfum i bezpośrednio z nim współtworzona.
Dopóki olejkarz funkcjonuje jedynie jako operator, nie dostrzegamy człowieka pracującego przy alembiku.
Dopisek autora:
W naszym języku jest też termin Destylarz". Rzadko dziś spotykane, określenie rzemieślnika pracującego w tym zawodzie. Choć brzmi archaicznie, ale najlepiej oddaje sens francuskiego słowa"distillateur"oraz angielskiego distiller" .W językach tych często przyrostki takie jak -eur, -er, -ore czy -ador odnoszą się do ludzi wykonujących dane działania, podczas gdy nazwy urządzeń często różnią się (na przykład w języku angielskim to still"we francuskim alambic, a we włoskim alambicco".
Jeśli napotykamy słowo gorzelnik, pamiętajmy, że oznacza ono osobę destylującą alkohole lub dawniej zarządzającą gorzelnią. Etymologia jest tu kluczowa: w przeciwieństwie do zapożyczonego z łaciny „destylatora”, gorzelnik pochodzi od staropolskiego słowa „gorzeć” (palić się). Stąd też gorzałka jako nazwa wódki. Wiedzieć też należy, że dawniej bardzo często pozyskiwano olejki, alkohole i hydrolaty na tym samym sprzęcie."